3 listopada 2008

Konserwowo-ogórkowa quasi-pasta do kanapek

To coś o tak dziwacznej nazwie powstało, ponieważ zostało mi jedno jajko na twardo, z którym nie miałam co zrobić. Nie poczułam w sobie wołoducha, więc postanowiłam przerobić je na coś do smarowania kanapek. Nie jest to prawdziwa pasta, bo jej składniki zostały tylko posiekane. Konsystencja wyszła podobna do sałatki, tylko znacznie drobniejsza.

Składniki, czyli to co znalazłam w lodówce:
  • 1 jajko ugotowane na twardo
  • 1 mały ogórek konserwowy lub pół dużego
  • łyżka jogurtu naturalnego
  • pół łyżeczki musztardy
  • kilka kropel oleju
  • sól, pieprz
Jajko i ogórek posiekałam i wymieszałam z resztą. I voilà:



Ilość mniej więcej na cztery nieduże kanapki. W smaku czuć bardzo ostry posmak ogórka konserwowego. Stąd nazwa. Za to bardzo dobrze komponuje się z keczapem. Właściwie to bardziej potrawa na zimę niż na jesień.

2 komentarze:

Beata pisze...

super
widzę, że lubisz Chmielewską!!
Tytułem wstępu, bo nie każdy musiał "Boczne drogi" Chmielewskiej czytać:
"— Za naszej młodości niedaleko naszych dziadków, w sąsiedniej wsi, żyła jedna baba, potwornie skąpa — rzekła. — Wszyscy ją znali, bo słynęła ze skąpstwa na całą okolicę. No i pewnego razu na Wielkanoc ksiądz chodził po kolędzie, tfu, chciałam powiedzieć ze święconym. Oczywiście księdza trzeba było stosownie podjąć, stół zastawić, poczęstować, wobec czego trzy wsie zastanawiały się, co też poda owa skąpa baba. Z tradycji wyłamać się nie mogła, bo od razu byłaby potępiona. Baba zdobyła się na gest, szarpnęła się niesłychanie i dała księdzu jajko na miękko…
— Co proszę? — przerwała moja szwagierka nieco zaskoczona.
— Jajko na miękko. To jest sama święta prawda, ja tu żadnych anegdot nie opowiadam, wieś naszych dziadków nazywała się Tończa, a baba mieszkała obok, w Paplinku. Jajko na miękko było to coś tak niezwykłego w jej chałupie, taki nieprawdopodobny frykas, że zleciało się wszystko, co żyło, i wwaliło do izby. Tłok się zrobił niemożliwy, wszelka żywina stała wpatrzona w jajko, przepychając się i włażąc księdzu na głowę, aż baba zdenerwowała się okropnie i krzyknęła: „Psy na dwór! Dzieci pod stół! Ksiądz nie wołoduch, som całego jajka nie zji, jak zostawi to wom dom!” No i stąd się wziął wołoduch…"

Dobromiła pisze...

Dziękuję Beato! Rzeczywiście wstawiłam tego wołoducha bez żadnego wyjaśnienia i ktoś mógł nie zrozumieć o co mi chodzi. W mojej rodzinie prawie wszyscy są fanami Chmielewskiej i to słowo jest już na stałe zakorzenione w naszym języku. :-) Stąd nie zawsze pamiętam, żeby je wyjaśniać niewtajemniczonym.