Przy okazji robienia
lodów agrestowych odkryłam, że agrest to owoc, który jest w Polsce traktowany po macoszemu. I mam na to kolejne dowody. Dostałam następną porcję agrestu (chyba już ostatnią w tym roku) i pomyślałam, że zrobię z nią ciasteczka. I nie mogłam znaleźć żadnego ciekawego przepisu po polsku. Bo na wszystkich stronach były praktycznie tylko dwa rodzaje ciast z agrestem - albo pleśniak, albo ciasteczka z bezami. Nie przepadam ani za pleśniakiem, ani za bezami, więc absolutnie nie byłam usatysfakcjonowana poszukiwaniami. W końcu stwierdziłam, że czas sprawdzić jak jest
agrest po angielsku i zacząć dalsze poszukiwania na obcojęzycznych blogach.
No i oto efekt: ciasteczka z agrestem (w oryginale
gooseberry thumbprint cookies).
Składniki na ciasto:
- 450 ml mąki
- 100 ml cukru (następnym razem dam nieco mniej, bo ciasto na mój gust było trochę za słodkie)
- 200 g masła
- proszek do pieczenia
- cukier waniliowy
Składniki na nadzienie:
- ok. pół litra agrestu
- łyżka cukru
- łyżka wody
Zamiast takiego nadzienia można dać dżem agrestowy (tak było w oryginale).
Agrest przebrać i oczyścić, posypać cukrem i podlać wodą. Gotować do miękkości. Lekko ostudzić i zmiksować lub przetrzeć.
Masło utrzeć z cukrem, dodać mąkę i pozostałe składniki. Zagnieść ciasto. Z ciasta odrywać po kawałeczku (powinno ich być 30, mnie wyszło ponad 40), formować kuleczki i robić palcem wgłębienie. Do wgłębienia nakładać nadzienie lub dżem. Piec ok. 15 minut w 175 stopniach.
Proszę się nie dziwić kolorowi nadzienia na zdjęciu. To nie były problemy z balansem bieli w aparacie tylko efekt wmieszania się kilku owoców czerwonego agrestu. Zielone nie miały szans w walce na kolory.
PS Nareszcie udało mi się stworzyć coś, co nie pasuje do żadnej aktualnej akcji blogowej. ;-)